Ty nie możesz przyjść do muzeum, muzeum przyjdzie do Ciebie

 

Nie mogą Państwo odwiedzać naszego muzeum dlatego chcemy zaproponować historię oleskiej dżumy z 1708 r. w odcinkach na naszym profilu. Tekst z książki Ewy Cichoń i Mirosława Dedyka „Kościół św. Rocha, Rozalii i Sebastiana w Grodzisku.

Rozdział czwarty:

4) „Nie pomogło niektórym choć lekarstwa brali, bo zarówno z inszymi tez poumierali”- walka z chorobą.

           Opór wobec dżumy, czyli śmierci, jest czymś wrodzonym, jednak marna w tych czasach  znajomość anatomii i fizjologii oraz specyficzna mentalność sprawiały, że podchodzono do choroby, jako do zjawiska spowodowanego działaniem sił nadprzyrodzonych, nie zaś konsekwencji zakłócenia prawidłowych funkcji organizmu.  Jeszcze na początku XX wieku wierzono, że choroba pochodzi od złego ducha lub też od Boga, jako kara za niecne uczynki.

Powoływane formacje sanitarne do walki z epidemią przegrywały z dominującymi wtedy metodami, będącymi mieszaniną wiedzy i wierzeń.  Profilaktycznie okadzano domy, na ulicach w ogniskach spalano szmaty, wysuszone łajno, rogi i proch strzelniczy.  Osuszano budynki przez palenie w kominkach wonnych  ziół, w piecach jałowca, dzikiej róży, igieł sosnowych. Morowe powietrze rozpędzano biciem w dzwony, pędzeniem bydła, strzałami z armat. Okna i drzwi domów zarażonych zabijano deskami, aby uniemożliwić chorym wydostanie się na zewnątrz. Na drzwiach takich domostw malowano biały krzyż i wywieszano flagi dżumowe, których liczba odpowiadała ilości zakażonych.  Zmarłych natomiast wynoszono poza granice miasta.  Pomieszczenia po nich starannie dezynfekowano zapachem kadzidła i mirry. Trzymano nawet w domach śmierdzącego capa, wierząc, że smród zwierzęcia przepędzi dżumę. Niektórzy zaś medycy zalecali  pacjentom przebywać w pobliżu dołu kloacznego, w nadziei, że jego odór wypłoszy chorobę.  Polecano zażywać dużo ruchu na świeżym powietrzu, wręcz pracę fizyczną, do tego dobrze było okadzać się dymem – stąd na rycinach i przedstawieniach malarskich z tego okresu widzimy wiele postaci z fajkami w zębach. Jednym ze środków leczniczych  była szklanka dobrego węgierskiego wina, czosnek, korzeń dzięgla, owoce jałowca, liście bobkowe. Stosowano berberys, porzeczki czy agrest, a także alkohol – wódkę z proszkiem mitycznego jednorożca, którym był kieł narwala. Pito duże ilości alkoholu, gdyż sądzono, że organizm nim przesycony jest mniej podatny na zakażenie. Pieczono tzw. kołaczki przeciwmorowe – ciasto z dużą ilością korzeni.  Zażywano przeróżne obrzydliwości: tabletki przeciwko dżumie zrobione ze zmielonych kości zadżumionych zwłok zmieszanych ze smołą drzewną. Chorym podawano suszoną ropę nieboszczyków w postaci proszków, skuteczne miało też być połykanie własnej ropy. Zażywano też pigułki z mirry i aloesu.  Zalecano kwaśne produkty – ocet, szczególnie „ocet siedmiu złodziei”- ocet winny,  w którym przez 12 dni moczono bylicę, piołun, rutę zwyczajną, rozmaryn lekarski, szałwię lekarską i inne zioła zawierające olejki eteryczne, o silnych właściwościach bakteriobójczych. Podczas badania lekarz  zatykał nos szmatą nasączoną octem. Badał mocz pacjenta, stawiając diagnozę na podstawie jego koloru. Porównywał go z tabelą wzorców znajdującą się w Vademecum, gdy mocz miał kolor krwisty, był pewny, że ma do czynienia z dżumą. Spuszczano krew aż do utraty przytomności, stosowano lewatywę, wywoływano wymioty i  poty, aby usunąć wilgotność z ciała. W miejscu, gdzie chory miał wysypkę, przykładano środki drażniące, aby podtrzymać ropienie, co zdaniem współczesnych „miało usunąć jadowitą materię z organizmu” [1]. Na wrzody przykładano rozpłatane żywcem gołębie i ropuchy.  U chorych z rozpoznaniem dżumy stosowano bolesną „kurację” – a mianowicie nacinanie wrzodów. Lekarze wycinali lub wypalali pacjentom dymienice, powodując ból jak gwóźdź wbijany w ciało. „Wielu jest takich, którzy z obawy przed śmiercią własnymi rękoma wyrywali sobie „Bubo” kowalskimi szczypcami, inni wydrapywali ciało wokół niego aż wydobyli je w całości. Na koniec zaś niektórych ogarniało szaleństwo, że własnymi rękami przykładali rozgrzane żelazo, tak by trucizna mogła się wydostać[2].
Należało otwierać wrzody, to jasne. Dwa cięcia nożykiem chirurgicznym na krzyż i gruczoły wyrzucały papkę zmieszaną z krwią. Chorzy krwawili rozkrzyżowani. Plamy zjawiały się na brzuchu i na nogach, gruczoł przestawał ropieć, potem nabrzmiewał znowu. Najczęściej chory umierał w straszliwym smrodzie”...[3].

Ponieważ chory przeraźliwie cuchnął, symbolem lekarzy zadżumionych stał się charakterystyczny ubiór ochronny noszony przez nich w XVI-XVIII w. w czasie epidemii, z maską w kształcie dziobu, gdzie wkładano wonne olejki tłumiące fetor rozkładających się zwłok. Prócz ubioru, chroniono się przed dżumą także specjalnymi antidotami: najcenniejszym z nich była driakiew (Scabiosa) – rodzaj  roślin z rodziny szczeciowatych o silnych właściwościach bakteriobójczych i „driakiew ubogich” – czosnek pospolity. A te remedia  nie były najczęściej skuteczne, w trakcie leczenia lekarze  zarażali się i umierali szybciej niż pacjenci. Niektórzy  po prostu uciekali, ci, co pozostali, żyli w ciągłym strachu,  bojąc  się odwiedzać zarażonych, którym zresztą nie zawsze potrafili pomóc.  Nawet jeżeli się odważyli, nie dostawali często za to żadnej zapłaty, gdyż ten, kogo dotknęła zaraza, szybko umierał. Zresztą jedynie zamożni mogli sobie pozwolić na lekarza.

Powszechnie noszono amulety, wisiorki, medaliki.  A przede wszystkim pokutowano, poszczono i żarliwie się modlono.  Ludzie  starali się być bardziej religijni, wielu przestało przeklinać i uprawiać hazard, a rzemieślnicy zamiast kości do gry, zaczęli masowo produkować różańce. Zdesperowani ludzie szukali często pomocy u astrologów i księży. Ci ostatni rozwijali kult św. Rocha, który miał przegnać dżumę. Dla nas ówczesne metody zapobiegania i walki z zarazą mogą wydać się  śmieszne, czasem wręcz budzące grozę. Ale jeszcze w XVIII wieku  uchodziły za powszechne i  nowoczesne. Trudno się dziwić, że po zastosowaniu takich rozwiązań  wyludniały się  całe miasta.

          Dżuma była, jak  wtedy sądzono, karą Bożą zesłaną na ludzi za ich grzechy. Budziła paniczny strach, toteż  oddawano się różnym praktykom ascetycznym w duchu ekspiacji za popełnione winy. Wzrastał mistycyzm, artyści mnożyli  przedstawienia „tańca śmierci”, pojawiły się pielgrzymki modlących się i śpiewających hymny oraz grupy biczowników, chcących przez swe cierpienia odkupić ludzkie winy.  Umartwienia, mimo że potępiane, stały się wyjątkowo popularne i wywierały duże wrażenie na żyjących w tamtych czasach ludziach: „głupie niewiasty trzymały w pogotowiu szmaty do ocierania onej krwi, a potem smarowały sobie nią oczy, powiadając iż ma moc cudotwórczą” [4].

 Wymownym tego świadectwem było powstałe w XVIII w. w Oleśnie  bractwo biczowników. Organizowane przez nie wieczorem w Wielki Piątek procesje  pokutne były niezwykle sugestywnym widowiskiem. Za wielkim krzyżem z umocowanym doń łańcuchem wił się wąż migocących  świateł  długich latarń, trzymanych przez odzianych w szare stroje pokutników. Za nimi w milczeniu kroczyła  kolumna ok. 100 biczujących własne plecy mężczyzn.  Głuchą ciszę przerywały jedynie świsty biczów i szczęki łańcucha. Bractwo praktykujące w XVIII w. typowe średniowieczne formy pobożności  było w tych czasach ewenementem w skali Śląska. Zakończyło swój żywot w 1786 r., na mocy kategorycznego zakazu przeora  Franciszka Kuschla [5].  Biczownicy mimo tego zakazu nadal spotykali się przy kościele św. Anny, praktykując umartwianie, aby zadośćuczynić za grzechy własne i świata [6].

 „Nie pomogło niektórym choć lekarstwa brali,

Bo zarówno z inszymi tez poumierali.

Najwięcej ich pomarło nie mając wygody,

Bo im w pragnieniu nie dał żaden krople wody.

I przyjaciele ich nie ratowali,

Zatkawsy nosy swoje, od nich uciekali.

Tak mizernie zywota swego dokonali,

Bez pociechy z obłudnym światem się roztali.

Nie pomogło niektorym na polach mieskanie,

Bo ich tam smierć nalazła na rozkaz twój, Panie”[7].

[1]             P. Ball, Lekarz diabła, Paracelsus i świat renesansowej magii i nauki, Kraków 2007. s. 71.

[2]           Tamże, .s. 72.

 

[3]           A.  Camus,  Dżuma, Kraków  2007 , s. 27

 

[4]             J. Delumeau,  Grzech i strach. Poczucie winy w kulturze Zachodu  XIIIXVIII w., przeł. Adam Szymański, PAX, Volumen, Warszawa 1994, s.18.

[5]           Papież Klemens VI  w XIV w.  w czasie trwania zarazy obłożył ich klątwą.

 

[6]           P.  Schmidt, Die Geisselbrueder von Rosenberg, w:  „Rosenberger Heimatkalender”,  1941, s.107. W relacjach z podróży XVIII-wieczny  pedagog i  pisarz Johann Gotlieb Schummel odnotował, że na ziemi oleskiej utrzymuje się zwyczaj publicznego biczowania, mimo surowych kościelnych zakazów.

 

[7]                  J. Lompa, „Pieśni Ludu…,dz. cyt., s.149.

cdn.